Przejdź do zawartości

Eliza Kącka

Z Literatura przedmiotu

Wczoraj byłaś zła na zielono Eliza Kącka

Nie wiem, jak to się stało, ale pojęłam wreszcie, że nie wszyscy muszą nas rozumieć. Nie wydaje mi się, by taką metamorfozę fundował hormon macierzyństwa. Uważam, że wyzwoliłaś mnie Ty. Nie wiesz nawet, Dziewczynko z Zapałkami, jaki stos w człowieku podpaliłaś. -- Iluminacja

Droga z przedszkola na Mokotów jest prosta. Tylko wyjść z kameralnego podwórka o wysokich ścianach na czystą, schludną, wysokopienną Gdańską. Tylko dotrzeć do metra, dojechać do stacji Politechnika, wskoczyć w tramwaj, dojść do domu. Co w tym trudnego? Ależ nic. No to rozłóżcie planszę i weźcie dwa pionki. Zaraz staną na polu startowym „Gdańska”. Na razie niebieski czeka z napięciem na ikonce uśmiechniętego domku. Tak, to przedszkole, więc domek musi się uśmiechać. Czerwony (nieprzypadkowo w barwach alarmowych) modli się na ikonce drzewka obrazującego pobliski park. Modli się o przychylność kostki. Gdyby był sam, byłoby mu wszystko jedno. Ba, cieszyłby się na różne kombinacje rzutów. Dochodziłby do mety raz tak, raz owak, cofałby się nawet z przyjemnością, bo przecież przyjemnie uczestniczyć w grze w miasto. Przyjemnie trafić raz to na „Metro Marymont”, innym razem na „Tramwaj Żoliborz”. Dobrze przeczekać kolejkę na ikonce „Galeria Arkadia” albo w równie atrakcyjnym miejscu planszy. Odkąd czerwony chodzi w duecie z niebieskim, zaklina kostkę i pragnie tylko sprawnie dotrzeć na pole „Malczewskiego”. I stanąć wreszcie na ikonce domku bez uśmiechu. Ten domek uśmiechać się nie musi. -- Apogeum stylu

Czochram główkę, uskakuje, ale jeszcze przez chwilę pod lampą słońca widzę, jak fluid szczęścia rozchodzi się jasną smugą po twarzy, rozpuszcza cienie pod oczami, wygładza czoło. Główka dziecięca w pastelu. A teraz z tej główki odciągnijcie zieleń i niebieskość, odprowadźcie chłód. I wejdźcie z kalorycznym żółtym pastelem bezpieczeństwa. Z rumieńcem zamarkowanym grubą kredką pomidorówki. Bez zielonkawych żyłek strachu, choć na chwilę.

starsza pani łapie mnie za łokieć

Nie wiem tego, wiem jedno: ten krzyk na moment otworzył lej w ulicy Gdańskiej. Głęboki na moje życie, na dwa sążnie. Nikt tam nie wpadł poza mną, a ja szłam do metra głową w dół, jechałam głową w dół na Mokotów, trzymałam ją głową w dół na kolanach, zastanawiając się, czy dostrzega, że matka straciła grunt. Czymkolwiek był ten krzyk, długo się zeń wydobywałam. -- Krzyk dziecka

Gdyby mogła, ukręciłybyśmy łeb grozie, ale ta właśnie jest częścią naszego losu. I czasem, w nieprzewidywalnym dla mnie samej momencie, bierze sobie ciało i zmysły mojego dziecka za tubę. Pewno wybiera te, które odpadają od słów. Te, które nie opowiedzą sugestywnie swojej rozpaczy, ale mogą rozpaczą wybuchnąć. Najpierwotniejszą, nieoswajalną, podjęzykową. -- Groza

Ale w końcu wyślizguje mi się, wyrywa, spada na podłogę metra i zaczyna wierzgać i kopać z całej siły. Gdyby robiła to, unosząc się w powietrzu, wyglądałoby na szarpaninę rudowłosego putta zaatakowanego przez pszczoły. To nie atak epilepsji, to inny taniec. Najbliżej mu do napadu złości, bez odłączenia uwagi, bez drgawek. Zahacza nogą o nogę staruszki. „Co za wredny gówniarz, niech pani z tym zrobi…”. „Tak, porządek” – dopowiadam, podnosząc ją z ziemi. I każda sekunda trzymania jej, wijącej się, przy drzwiach pociągu to – odczuciowo – minuta. „Może pomóc jakoś?” – rzuca młody mężczyzna zza moich pleców, bo szczelnie przylegamy do drzwi. „Nie, dziękuję, wypadam zaraz”. I wypadamy na peron, gdzie znów mi się wyrywa, dobiega do ławki, kładzie się na plecach i bije nogami w oparcie. Ludzie z ławki przyległej podnoszą się, skonsternowani. Przepraszam i próbuję ją uspokoić. Udaje się stopniowo, ale boję się znów wsiąść do pociągu -- Atak Rudej

A potem wagon-wieloryb wypluwa nas, krztusząc się, na peron-brzeg. Pamiętacie Pinokia? Tak, my też zostawiamy po sobie dym. -- Nie pamiętam

Tak, gabinet figur dmuchanych. Jedną wytoczyli, zostało pięć. Drugiej spod okna, tej z cholestazą, dopompowują stopy, kręci się, próbuje założyć opuchnięte nogi na oparcie łóżka, ale brzuch przeszkadza w pracy rękom. Między nami leży poronienie seryjne, tej z kolei spuszczają powietrze, cicho i bezradnie jęczy. Czuwająca spod drzwi w drugim rządku ma pompkę w uchu, trzyma się za głowę. Patologia ciśnienia w natarciu wieczornym. Siada na łóżku, płacz, wierzchem dłoni przytrzymuje policzki, jakby liczyła na powstrzymanie ekspansji tłoka. Patrzę zza mojej mgły, czy nie rozpycha jej czoła, ale chyba nie. Jej sąsiadka leży bezwładnie na wznak, przywalona ciążą jak ciężką piłką lekarską. A brzuch rośnie, co dzień większy, jakby chciał ją ostatecznie zdominować. Widać znów pompują, bo się nie rusza. Rozrzucone nogi, rozrzucone ręce, chyba oddycha. I tak leżymy

Bibliografia

  • Eliza Kącka, Wczoraj byłaś zła na zielono, Karakter: Warszawa 2025